środa, 25 lutego 2015

Rozdział 5

Siedziałam na krześle pośrodku wydm białej pustyni. Gdzie bym nie sięgnęła wzrokiem wszędzie ciągnął się jej nie kończący biały piasek a linia horyzontu stykała się z błękitem nieba. Wokół panowała niezwykła cisza, która zagłuszała moje myśli. Czułam jednak ogromnie pragnienie, wypacałam litry wody a słońce nad moją głową wlewało zabójczy żar w gąszcz moich czarnych włosów. Nagle przede mną pojawiły się drewniane dwu metrowe drzwi. Stały tak bez żadnego umocowania, jakby trzymała je niewidzialna ściana. Próbowałam wstać ale moje ciało było zbyt ciężkie. Od drzwi bił przyjemny chłód, a spod nich wydobywała się lodowaty obłok, który natychmiast parował gdy osadzał się na mojej popękanej skórze. Jedyne co mogłam zrobić to przechylić się do przodu i zajrzeć przez dziurkę od klucza. To co w niej zobaczyłam wyrwało mnie z senności. Na ziemi leżał Antoni. Był cały we własnej krwi, ledwo oddychał a z jego ust wydobywał się cichy jęk i coś w stylu błagania. Jego zaszłe już krwią oczy zwrócone były w górę do wysokiego blondyna o tak samo błękitnych oczach jak niebo nad moją głową. Stał wyprostowany szykując się do zadania ostatecznego ciosu. Czułam się bezsilna, chciałam krzyczeć lecz nie mogłam wydobyć z siebie ani jednego słowa. Chciałam wstać lecz moje ciało było zbyt ciężkie. Chciałam zamknąć oczy by tego nie widzieć lecz moje powieki zastygły w miejscu niczym magma. Nagle całkowicie niespodziewanie od drugiej strony dziurki do klucza pojawiło się czyjeś bursztynowo-złote oko. Było tak szeroko otwarte ,że nie widziałam rzęs ani powiek... tylko oko. Wystraszyłam się, miałam odruch by odskoczyć od drzwi jednak nie mogłam drgnąć. Nie miałam innego wyboru niż tylko wpatrywanie się w złotawą tęczówkę. Zaraz potem rozległ się niezwykle delikatny i spokojny kobiecy głos.
-Twoją zgubą jest ten, którego pokochasz. Gdy już zapałasz uczuciem z początku gorzkim lecz potem słodkim jak ambrozja, gdy rozróżnisz już złość od miłości... bądź mądra i nie daj się zwieść młodzieńcu ze złota. Zaledwie jedne słowo w net cie i niewinne dusze zniszczy. Zapomnienie wart będzie ocalenia.
Głos umilkł wzbudzając we mnie trwogę. Po mimo ,że był bardzo spokojny i kojący miał w sobie tak potężną moc ,że przez chwile zaparło mi dech w piersiach. Jakbym właśnie stanęła w obliczu samej śmierci bądź życia. Oko nagle się zamknęło a ja zaczęła zapadać się pod wrzący piach pustyni.

Obudziłam się cała zapocona łapczywie nabierając tlenu w usta.Gdy spostrzegłam się ,że to tylko sen natychmiast odetchnęłam z ulgą. Koniecznie muszę zapomnieć o wydarzeniu z wczorajszego dnia, bo zaczyna odbijać mi się to na psychice. Nie otwierając oczu oddychałam unoszącym się w powietrzu zapachem naleśników, który przesiąkł moje płuca. Leżałam tak delektując się spokojnym i dobrze zapowiadającym się porankiem usiłując wymazać z głowy ten durny sen. Czułam jak jedwabiście ciepłe promienie słońca przedzierają się przez firanki i opadają na moją albinosko bladą twarz. Każda komórka mojego ciała miała się dobrze ,gdy nagle w moim żołądku, przebudziła się żądna jedzenia bestia.  Przemogłam wszelkie lenistwo i nadal z zamkniętymi oczami wstałam na równe nogi. W końcu okazało się ,że to nie ja jestem szefem tylko mój żołądek. Gdy mój mózg zaczął już funkcjonować ,,ogarnęłam się '' i zdałam sobie sprawę ,że gdy zejdę na dół Wanda zaleje mnie stertą pytań gdzie wczoraj byłam do tak późna. ,,O nie!''- jakiś głos zapiał mi w głowie. Będę musiała wymyślić jakieś przekonywujące kłamstwo. Po chwili zeszłam na dół. Całe dolne piętro było przesiąknięte zapachem , którym wiekami mogłabym się upajać.
Mój znakomity humor drastycznie się zmienił, gdy przy kuchence zauważyłam Wandę.
-Jak się spało?
Zapytała smażąc naleśniki.
-Dobrze.
Próbowałam ukryć irytację. Zaraz usiadłam przy stole z ślinką cieknącą mi z ust. Na talerzu czekała na mnie góra naleśników.
-Usmażyłam ci naleśniki... francuskie -zaakcentowała ,,francuskie''- Crepes.
Puściłam jej marną wymowę francuskiego mimo uszu. Bardziej skupiłam się na pochłanianiu Crepes'ów, jednak już po pierwszym kęsie do ust nasunęła mi się pewna uwaga.
-Zdajesz sobie sprawę ,że tylko nazwę mają francuską? Bo jeśli chodzi o smak to daleko im nawet do marnej kopi ideału.
-Benowi smakowały.
Wanda chyba zapomniała ,że mój wujek- Ben nie ma najmniejszego zmysłu smakosza w przeciwieństwie do mnie.
Cały czas ją obserwowałam. Światło wpadające do kuchni było bardzo intensywne, przez co mogłam zobaczyć wirujące w powietrzu drobinki kurzu. Po chwili energicznie się obróciła i z chochelką w dłoni spojrzała na mnie głębokimi brązowymi wpadającymi w czerń oczyma.
-Dziś mam wolne i jadę do centrum handlowego na zakupy. Chcesz jechać ze mną?
Zabrzmiała co najmniej irracjonalnie. Czyżby zapomniała ,że rzucamy w siebie piorunami i jesteśmy w stanie wojny?
Jeszcze raz świeżo na nią spojrzałam, unosząc jedną brew i nie do końca wierząc w to co słyszę.
-Nie mam pieniędzy.
-Ja mam, więc...
Spoglądała na mnie z satysfakcją. Może i tym razem wygrała tą bitwę ale nie wojnę! Zdusiłam w sobie buntowniczy odruch i zmusiłam się do przytaknięcia. Ścisnęłam usta tak jakby ktoś związał mi je niewidzialnym szwem. Spiorunowałam ją wzrokiem jednak nim zdołała to zauważyć obróciłam głowę w druga stronę.

Gdy wsiadłyśmy do czarnego BMW ruszyłyśmy w stronę centrum miasta. Silnik działał bez zarzutu, nawet nie było czuć ,że się jedzie.
-A tak w ogóle, to gdzie podziewałaś się wczoraj do tak późna?
O Jezu. Powietrze zeszło ze mnie jak z przebitego balonika. Myślałam ,że uszło mi na sucho.
-Siedziałam u koleżanki. Trochę się przeciągnęło bo oglądałyśmy film i straciłam rachubę czasu.
Dziwnie wykrzywiła brwi.
-Kłamiesz. Ty nigdy się przede mną nie tłumaczysz... no chyba ,że kłamiesz tak jak w tej chwili.
Ścisnęło mnie w żołądku. Przez chwile wyobraziłam sobie co by zrobiła gdyby dowiedziała się gdzie byłam i co się stało.
-Mówię prawdę...
Uśmiechnęła się pod nosem, tak jakby czytała mi w myślach. Z ulgą odetchnęłam gdyż z wyrazu jej twarzy wyczytałam ,że postanowiła dać mi spokój. Zaraz kamień spadł mi z serca i jakby nigdy nic spojrzałam za okno. Mijałyśmy mnóstwo budynków coraz nowszych i najnowocześniejszych. Kalifornia bezkompromisyjnie zajmowała pierwsze miejsce wśród miast w jakich kiedykolwiek byłam jeśli chodzi nowoczesną architekturę. Nim zdołałam się spostrzec staliśmy już na parkingu centrum handlowego.
-Mam cie zamknąć w samochodzie?- zapytała wychodząc z samochodu, wcale nie żartując.
Odburknęłam coś pod nosem po czym również wygramoliłam się z BMW.
-Co tak właściwie chcesz kupić?
Zapytałam w drodze do głównego wejścia.
-Rzecz jasna coś ładnego.
Posłała mi spojrzenie przez które przemawiała kpina. Na jej czerwonych ustach widniał sarkastyczny uśmieszek ,który wzbudzał we mnie niepokój. Jej uśmiech zawsze zwiastuje coś złego jednakże postanowiłam nie zaprzątać sobie tym głowy i skupiłam się na pierwszej lepszej wystawie sklepu z odzieżą zimowo-jesienną. Okrzyk zachwytu przepełnił moje gardło i krtań na widok uroczej bluzy z uszkami tygryska. Zaraz wszyscy spojrzeli na mnie jak na wariatkę.
Minęło zaledwie trzydzieści minut, gdy już miałam dość chodzenia po sklepach. Trzeba przyznać ,że nie należę do osób ,które ubóstwiają zakupy. Bezsilnie usiadłam na ławce, gdyż nogi odmawiały mi posłuszeństwa. Zmęczonym wzrokiem obserwowałam Wandę, która buszowała w jednym z sklepów. Po części ją podziwiałam ze względu na jej nad przeciętną wytrzymałość. Zachowywała się niczym przebiegły drapieżnik który czatował na swoje ciuchowe ofiary. Zaraz oderwałam od niej wzrok i zrezygnowanie schowałam twarz w dłoniach. Westchnęłam próbując ukoić zmęczenie mięśni. Nie byłam w stanie myśleć o niczym innym niż tylko o planie ucieczki do domu.
-Hej Agnes!
W tłumie głosów moje uszy zdołały wyłapać jeden znajomy. Poderwałam głowę do góry rozglądając się za osobą ,która do mnie mówiła. Mój wzrok zatrzymał się na pociągłej i chudej twarzy oraz piwnych, upajających oczach.
-Hej.
Stała przede mną Natasza.
-Co ci się stało?
Zerknęłam na nią po czym na Wandę w sklepie.
-Nie kończące się zakupy. To się stało
Jej twarz emanowała energią ,której mi brakowało. Zaraz w kącikach jej ust pojawił się łobuzerski uśmiech.
-To twoja mama? Ale młoda! -co chwile zerkała to na mnie to na Wandę - w ogóle nie jesteście do siebie podobne.
Na widok jej zdezorientowanej twarzy chciało mi się śmiać. Ledwo powstrzymałam śmiech.
-Na całe szczęście to nie jest moja mama tylko ciocia. Od śmierci rodziców to ona z wujkiem się mną opiekują.
Natasza szeroko rozwarła oczy. Pewnie była następną osobą ,której zrobiło się mnie żal.
-O kurcze! Nie wiedziałam.
Była w lekkim zakłopotaniu.
-Nic nie szkodzi, muszę po prostu zacząć mówić to ludziom na początku znajomości, by zapobiec włośnie takim sytuacją. A ty co tu robisz?
-Idę odebrać sukienkę z pralni.
Poprawiłam włosy.
-Właśnie! -wykrzyknęła - Idziesz na Imprezę Anonim?
Spojrzałam na nią pytająco.
-Nie wiesz co to jest prawda? -zapytała z zażenowaniem w głosie.
-Prawda.
-Więc jest to największa, najhuczniejsza, najgłośniejsza impreza w ciągu roku, która na dodatek jest tu w Kalifornii. Jest bezpłatna więc przepustką jest warunek ,że musisz być w coś przebrana i obowiązkowo musisz mieć maskę na twarzy żeby pozostać anonimem. W tym roku trzeba być przebranym w coś z lat pięćdziesiątych. Wiesz jakieś sukienki i takie tam.
W jej piwnych oczach widziałam blask, którego nie zgasiłby najbardziej nieprzenikniony mrok. Po chwili uśmiechnęła się iście piekielnie jakby przemawiały przez nią wszystkie diabły.
-I mam na nią iść... prawda? -zapytałam.
-To nie jest oczywiste? Impreza będzie w ten piętek, czyli za pięć dni. W tym czasie musisz znaleźć sobie jakąś sukienkę.
Pokiwałam twierdząco głową. W sumie należy mi się coś od życia, a Wanda wcale nie musi wiedzieć. Natasza jednocześnie pisnęła i podskoczyła z radości. W pewnym bardziej dyskretnym stopniu podzielałam jej entuzjazm.
-Wiesz co u Antoniego?
Pytający głos dziewczyny rozebrzmiał w mojej głowie całkiem niespodziewanie.
-Myślałam ,że ty wiesz.
Zacisnęła usta i pokiwała przecząco głową. Widziałam w jej oczach zżerający ją niepokój.
-Gdy przywieźliśmy go wczoraj do szpitala, od razu dali go na sale operacyjną. Pielęgniarka powiedziała ,żebyśmy szli do domów bo operacja potrwa półtorej godziny , a z narkozy wybudzi się dopiero za dwa dni, czyli jutro.
-Oby nic mu nie było -szepnęłam tak cicho ,że ledwie ja to usłyszałam -a kim był ten blondyn?
Najwyraźniej nie chciała o tym rozmawiać bo odwróciła wzrok i głęboko wzruszyła ramionami jakby ten temat był tematem tabu. Na szczęście mam dar przekonywania.
-To miastowy gangster. Wiem ,że wszyscy jego koledzy wołają na niego ,,złotko''. To chyba jego ksywa ale nie znam imienia. Wszyscy w tym mieście raczej go omijają i ty też powinnaś. Podobno na swoim koncie ma brutalnie pobicia, jednak z spraw sądowych wyciąga go jego bardzo bogaty ojciec. Z resztą nie wiadomo czy to jego ojciec bo nikt nigdy go nie widział ani jego matki. Podejrzany i niebezpieczny typ.  A i uważaj na jego fanki. Też są niebezpieczne.
Opowiadała mi o nim szeptem i do ucha. Gdy skończyła dla niepoznaki poprawiła swoje kasztanowe włosy. Zaraz pomyślałam o jego przezwisku. ,,Złotko''. Jak na mój gust zabawne, może przezwali go tak ze względu na złote włosy i prawie złotą opaleniznę?
Zaraz potem Natasza oznajmiła mi ,że musi już iść. Miałam jeszcze drugie trzydzieści minut nim Wanda skończy zakupy więc postanowiłam przejść się po mieście. 

sobota, 7 lutego 2015

Rozdział 4

-Wdepcze cie w ziemie rozumiesz?
Urodziwy blondyn niemal ,że warknął. Jego rozgniewana twarz wpatrywała się tylko i wyłącznie w zdezorientowanego Antoniego, a głosem przypominał ostrą brzytwę tnącą najlepsze płótno. W moim gardle narosła gula ,której nie mogłam przełknąć. Nagle zaczęłam zastanawiać się o co mu chodzi.
-Znamy się?
Oznajmił spokojnie i łagodnie Antoni po czym wstał na równe nogi. Oboje pożerali się spojrzeniami.
-Teraz już tak. Posłuchaj mnie, wczoraj źle potraktowałeś moją koleżankę. Przeprosisz ją a ja nie połamie ci kości.
-Co proszę?! - wtrąciła się Katy.
Jej twarz wyrażała stanowczy sprzeciw. Nogi jasnowłosej zmiękły ,gdy spojrzał na nią rozwścieczony blondyn. Dziewczyna ponownie usiadła tak jakby nagle się rozmyśliła. Nie dziwiłam się jej... Przecież sama bym tak zareagowała gdyby ktoś posłał mi takie spojrzenie... przesiąknięte do szpiku kości złością. Siedziała cichutko, z resztą tak jak my wszyscy ale w jej oczach widniało równie duże przerażenie co w moich.
-A! -krzykną Antoni- chodzi ci o ta brunetkę. Nie mam za co przepraszać tej suki.
Jego słowa dolały tylko oliwy do ognia. Moja twarz stężała w wyrazie trwogi na myśl ,że groźba blondyna zostanie wprawiona w czyn.
W kącikach ust jasnowłosego pojawił się przebiegły uśmiech, jakby tylko czekał na taką odpowiedź. Zaraz zrzucił z siebie czarną ,skórzaną kurtkę i posłał ją w ramiona swojego kolegi. Teraz mogłam tylko podziwiać w całej okazałości jego idealnie zarysowane mięśnie na odkrytych ramionach. Z jednej strony wpadałam w zachwyt a z drugiej coraz bardziej się pogrążałam. Ten typ był o wiele lepiej zbudowany i wysportowany niż Antoni co wcale nie polepszało sytuacji.
-Hej ty! - przez chwilę bujałam w obłokach gdy spostrzegłam się ,że ten koleś mówił do mnie - możesz już dzwonić po karetkę.
Oniemiałam.
-Masz racje. Zaraz w niej wylądujesz -dodał Antoni  zadzierając za łokcie rękawy bluzy.
Po tych słowach blondyn ruszył w jego stronę. Kroki jasnowłosego były ciężkie, wręcz miałam wrażenie ,że ziemia drży pod jego stopami. Bardzo chciałam złapać Antoniego za rękę i uciec z nim gdziekolwiek byle by daleko z tond lecz paraliżowała mnie panika.
-Daje ci ostatnią szansę. Przeprosisz moją koleżankę i o wszystkim zapomnę.
Blondyn stanął przed Antonim. Był wyższy od niego co najmniej o głowę. Chciałam wykrzyczeć ,,Tak! Przeproś ją!'' gdyż jako obserwator miałam idealne warunki ,by szybko wywnioskować ,że wynik tego pojedynku jest już przesądzony. Gdy zauważyłam na twarzy Antoniego chęć odmowy, poderwałam się do góry ,by ich powstrzymać jednakże przeszkodziła mi Natasza. Złapała mnie za rękę i przyciągnęła do siebie. Czułam jej niespokojny oddech na karku.
-Lepiej nie. On jest niebezpieczny.
Szepnęła mi do ucha z rezygnacją w oczach.
-Bo co pobije dziewczynę?
Nim Natasza zdołała jakoś zareagować na moją odpowiedź, rozległ się świst przecinanego powietrza, a zaraz po nim głuche uderzenie. Blondyn okładał Antoniego pięściami tak jakby bił w worek treningowy. Jego ciosy były nieludzko szybkie i precyzyjne. Wszystko to działo się zbyt szybko bym była w stanie zareagować. Po chwili do moich uszu dotarł dźwięk łamanej kości. Z nosa Antoniego zaczęła płynąć stróżka krwi, która po chwili zmieniła się w rwisty potok. Moje nogi ugięły się pod własnym ciężarem. Nie mogłam na to patrzeć, kręciło mi się w głowie. Gołym okiem było widać ,że walka nie była równa. Zaraz Antoni w kontrataku posłał blondynowi mocny cios, jednak ten złapał jego pięść nim zdołała go uderzyć. Zacisnął ją w morderczym uścisku ,a na twarzy Antoniego pojawił się bolesny grymas, widać było ,że ledwo znosił ból. Gdy dostrzegłam posiniałe palce chłopaka postanowiłam działać. Zdziwiłam się gdyż zdołałam przezwyciężyć paraliżujący mnie lęk. Wbrew trzeźwemu myśleniu szłam w ich stronę, czując na plecach kłujący wzrok Natasz i Katy. Moją skórę pokryła cienka i lepka warstwa potu. Antoni konał z bólu, zaczął wydawać budzące litość jęki, które najwyraźniej były zbyt mało przekonujące dla blondyna. Zdawało się ,że w ogóle go to nie ruszało ani jego kolegów. Miał oschłą twarz, pozbawioną wszystkich emocji prócz jednej... nieludzkiej złości. W obawie ,że zaraz zmiażdży mu kości dosłownie rzuciłam się na niego. Złapałam go za rękę swoimi dłońmi, które przy nim wyglądały na zabawkowo małe. Moja śnieżno-perłowa skóra stanowiła idealny kontrast z jego złotawą opalenizną. W momencie gdy go dotknęłam przeszły mnie ciarki, a serce gwałtownie szybciej zabiło. Tak jakby elektryzował wszystko czego dotknie. Jego skóra była gorąca, niemal ,że parzyła w dłonie zupełnie jakby w jego żyłach zamiast krwi płynął wrzątek. Będąc tak blisko niebezpieczeństwa uniosłam głowę, pozwalając by moje kosmyki włosów muskały jego umięśnione ramie.
-Przestań!
Wykrzyknęłam mocno akcentując francuskim. Spojrzałam w jego oczy. Dopiero z tak bliskiej odległości w pełni mogłam podziwiać jego piękne rysy twarzy. Wyglądał niczym młody bóg. Nagle tak jakby wyrwał się z transu furii ,a ja miałam satysfakcje ,że zdołałam zapanować nad drzemiącym w nim dzikim zwierzęciem.Spojrzał na mnie ostro ,a ja jak oparzona przeskoczyłam wzrokiem na jego usta. Zaraz tak jakby otrzeźwiał i poluzował morderczy uścisk, tym samym uwalniając Antoniego. Z ulgą odetchnęłam gdy jego ręka wyglądała tak jak powinna. Zaraz podbiegł do niego Alan z dziewczynami, który oglądał jego sine palce. Zadowolenie na jego twarz świadczyło tylko o tym ,że wszystko było w porządku.
Po chwili zorientowałam się ,że za długo trzymałam jego rękę i niczym w gorącej wodzie kompana spuściłam dłonie w dół i przywarłam je do swojego ciała. Zaraz szybko pożałowałam tej decyzji gdyż nim zdołałam się ruszyć poczułam jak coś zaciska na moim nadgarstku śmiertelną pętle miażdżąc mi kości. Trzymała mnie mocna i twarda ręka. Wzrokiem podążałam jej konturami aż dotarłam do rozbudowanego ramienia. Nerwowo zadarłam głowę do góry raz jeszcze. Blondyn był wyprostowany, ledwo sięgałam mu do ramion. Posłałam mu groźne spojrzenie, jakby to mogło coś zmienić. Chyba nie do końca zdawał sobie sprawę ile siły wkładał w ten uścisk. Patrzył na moją zdezorientowaną twarz, wręcz prześwidrowywał mnie ostrym spojrzeniem. Był obojętny a zarazem zły. Wzbudzał we mnie dwuznaczne reakcje. Bardziej byłam przerażona jego dalszymi zamiarami, ale na szczęście kurtyna nocy idealnie kamuflowała moje obawy. Zaraz głęboko westchnął a powietrze z jego płuc musnęło mnie po policzku. Po chwili zawiał potężny wiatr który zmuszał korony drzew do pokłonu. Uderzył mnie napływ gorąca. Po chwili schylił się do mnie, a jego zimny oddech uderzył w moją szyję.
-Nigdy więcej tego nie rób.
Szepnął mi do ucha jednak jego szept zabrzmiał jak krzyk. Nim się spostrzegłam już mnie puścił i był w połowie drogi do swoich kolegów. Wsunął na ramion kurtkę i omiótł mnie spojrzeniem. Wręcz utonęłam w błękicie jego oczu.
-Podziękuj swojej koleżance... gdyby jej tu nie było skończył byś w kostnicy.
Zaraz zniknął za kurtyną nocy.


poniedziałek, 2 lutego 2015

ROZDZIAŁ 3

Zaraz Natasza chwyciła mnie za rękę i zaciągnęła do pozostałych. Mijając Antoniego nie  byłam w stanie oddychać. Grzecznie usiadłam obok nieznanego mi bruneta a on ku memu zdumieniu w końcu mnie zauważył. Obejrzał się na mnie swoim brązowym spojrzeniem, które krzyczało ,,Hej?! WTF? co ona tu robi?!''. Niezręcznie odpowiedziałam mu uśmiechem.
-To jest Agnes moi drodzy!
Natasza wykrzyknęła z entuzjazmem jednak z tego co widziałam oni go z nią nie podzielali.
-Hej jestem Katy - oznajmiła jasnowłosa dziewczyna.
Owa blondyneczka przeszyła mnie spojrzeniem po czym wymusiła na twarzy dość przekonujący uśmieszek. Dopiero z tak małej odległości mogłam podziwiać jej głębinowe oczy. Po chwili upominająco szturchnęła swojego, domyślam się - chłopaka.
-No hej Alan jestem.
Jego brązowe oczy zlewały się z tak samo brązową skórą i czarną grzywą. Jeszcze raz niezręcznie się do nich uśmiechnęłam.
-My już się znamy. A jakbyś zapomniała to jestem Antoni
Wręcz oczarował mnie swoim niewinnym a zarazem zadziornym uśmieszkiem. Czy on oszalał?! Jak mogłabym zapomnieć imię kogoś kto wygląda jak anioł? Oboje wpatrywaliśmy się w siebie przez ułamek sekundy jednakże ja odnosiłam wrażenie ,że trwało to całą wieczność.
-Pamiętam, pamiętam.
Odparłam z niezniszczalnym uśmiechem na ustach. Dopiero po chwili lekko się zaczerwieniłam.
-Właśnie im o tobie opowiadałam - pochwaliła się Natasza, a ja tylko wiedziałam ,że lada moment zaleją mnie pytaniami.
-O tak! Jesteś Francuską prawda? - Katy niespodziewanie się ożywiła.
-Tak i to z Paryża. -uśmiechnęłam się
Dostrzegłam jak jej oczy zalśniły w otaczającym nas mroku tak jakby były tylko szklanymi kuleczkami. Miałam nadzieje ,że nikt nie będzie mnie o to pytał ,a jednak...
-Musiało być tam cudownie! Też bym tak chciała... żyć w stolicy mody. Opowiedz trochę o Paryżu.
Jej głos przecinał moje myśli niczym brzytwa. Widziałam w jej oczach niedosyt, który musiałam zaspokoić. ,,Będę zanudzać'' - na przeciw tej myśli wszystkie oczy moich słuchaczy zwróciły się na mnie. Oczy Nataszy, przede wszystkim Katy, Alana no i oczywiście Antoniego.
-Ostrzegam, będę zanudzać.
-Etam pomęczymy się - odpowiedziała mi Katy wyczekując każdego mojego słowa jakby miały to być ostatnie słowa jakie usłyszy.
Lekko się speszyłam. Ciążyły na mnie cztery pary oczu w tym jedno, które kompletnie mnie onieśmielało. Ciężko przełknęłam ślinę.
-No więc... róże - na wszystkich twarzach zawitało zaskoczenie - pamiętam zapach róż ,kwitnących w moim ogrodzie. Pamiętam też zabawnie wyglądających grajków, których muzyka niosła się po wszystkich uliczkach Paryża. Nigdy też nie zapomnę smaku croissantów i lekkiego wina. Każdy następny dzień w tym mieście wiązał się z nową przygodą i poznawaniem nowych ludzi przybywających z całego świata, by podziwiać wieże Eiffla. No i oczywiście mogłam tam posługiwać się mym ojczystym językiem-francuskim. Naprawdę... nawet najgorsze przekleństwo potrafi zabrzmień pięknie po francusku.
Moje serce krajało się na widok wspomnień które widziałam gdy tylko zamknęłam oczy.
-Tylko tyle?
Zaprotestowała Katy przeczesując swoje nikłe blond włosy.
-Cóż nie miałam nawet pięciu lat gdy wyjechałam. Spodziewałaś się opisu wybiegów i gal modowych?
Zabrzmiałam co najmniej sarkastycznie. Natasza buchnęła śmiechem niczym ziejący ogniem smok. Rozbawiania nie mógł też powstrzymać Alan i Antoni. Obaj brechtali za jej plecami.
Nagle nie opodal nas rozległ się trzask gałęzi, który przypominał dźwięk łamanej kości. Podskoczyłam z przerażenia a serce niemal wyleciało mi przez gardło. Mój niepokój szybko udzielił się Katy i Nataszy.
-Widziałam takie sceny w horrorze! Zaraz ktoś wyskoczy z siekierą lub piłą mechaniczną. Wszyscy zginiemy!
Katy wyraźnie nie należała do trzeźwo myślących osób ,ale coś w tym było. Zgrzyt moich zębów obijał się w mojej czaszce. Naszym oczom ukazały się trzy męskie sylwetki wyłaniające się z mroku niczym zjawy. Dwóch było naprawdę wysokich a ich gęsto-brązowe burze włosów dodawały im wzrostu. Trzeci po środku był niewiele niższy od nich jednak wyróżniał się prawie świecącymi w ciemności włosami. Blond? Ba! Były niemal ,że białe. W porównaniu do tamtej dwójki nie grzeszył napakowanym ciałem ani mega sześciopakiem na brzuchu jednak na szarej koszulce idealnie rysował się zarys mięśni torsu. Wyglądali na kolesi ,których trzeba a raczej powinno się bać. Spostrzeżenia mnie nie myliły, musieli być jakimiś ważniakami ,gdyż  w oczach moich nowo poznanych kumpli widać było niepokój. Gdy podeszli do nas wystarczająco blisko , bym mogła się im przyjrzeć poczułam się tak jakby ktoś wrzucił mi kostki lodu za koszulkę. Najbliżej mnie stał ten najniższy. Na głowie miał idealnie złote wpadające w biel włosy , które przedstawiały artystyczny nieład. Z włosami stapiała się jasna skóra z lekką oliwkową opalenizną.
Przez chwile zawiesił wzrok na mojej twarzy ,ale tylko przelotnie ,gdyż przeniósł go automatycznie na Antoniego. W jego nad zwyczajnie błękitnych oczach momentalnie zawitała zżerająca go złość. Widziałam w nich dzikie zwierze ,które łaknęło rozlewu krwi. ,,Przestraszyłam się''- to za mało ,by opisać przerażenie jakie mną zawładnęło.