wtorek, 21 kwietnia 2015

Rozdział 10

Stojąc nad brzegiem jeziora, pozwoliłam ,by orzeźwiająca woda muskała moje bose stopy. Upojona do cna przepięknym widokiem jaki rozciągał się dokoła, całkowicie zapomniałam o wszystkich moich problemach i zmartwieniach. Bardzo bym chciała aby ta chwila niczym mód ciągnęła się w nieskończoność, jednak jestem świadoma ,że to tylko moje puste pragnienia.  
Stojąc po kostki w wodzi sunęłam spojrzeniem po ścianie lasu który piął się w górę nad drugim brzegiem jeziora. Będąc całkowicie zachwycona klimatem tego miejsca, moje oczy niespodziewanie wyłapały ludzką sylwetkę stojącą w głębi sosnowego lasu. Gdy bardziej się przyjrzałam zdołałam dostrzec długie kręcone blond włosy i biało złotą sukienkę zawieszoną na drobnych ramionach kobiety.
Nie będąc do końca pewna czy to co widzę nie jest złudzeniem ,zmuszona byłam przetrzeć dwukrotnie oczy. Ku mojemu zdumieniu tajemnicza kobieta nadal tam stała nie przesuwając się ani o milimetr.  Patrząc na nią ogarnęło mnie przedziwne uczucie, którego nie potrafię opisać. Jakbym stała w obliczu osoby, której lękał się sam wiatr, gdyż na skórze nie czułam nawet najmniejszego muśnięcia zefirku. Powietrze którym oddychałam w jednych chwili zgęstniało, a krew w moich żyłach stężała na tyle ,bym czuła jak wolno przesuwa się po moim ciele. Nie wiem dlaczego, ale instynkt mówił mi bym uciekła daleko stąd. Nagle woda ,w której stałam prawdziwie i autentycznie stała się gorąca. Bliska oparzeniu wyskoczyłam z wody niczym spłoszony kot. Gdy jeszcze raz spojrzałam w stronę owej kobiety zobaczyłam tylko pusty las. W jednej chwili serce podskoczyło mi do gardła. Przerażenie  na mojej twarzy można ,by było dostrzec z odległości kilometra.
Czyżby był to duch? Duchy umieją podnosić temperaturę wody?  Czy to moje urojenia? 
Pytania uderzyły w moją głowę niczym kamień wystrzelony z procy. Ponownie w pełni ostrożności zanurzyłam stopę  w wodzie. Tym razem była chłodna. Ponownie przeszły mnie ciarki.
-Napatrzyłaś się już?
Głos Davida rozległ się tak niespodziewanie i gwałtownie ,że podskoczyłam do góry ze strachu.
-Nie skradaj się tak... właśnie przed chwilą zobaczyłam...
Automatycznie się zapowietrzyłam nie wiedząc co powiedzieć. Uzna mnie za świruske.
-Zobaczyłaś?
Ciągnął te słowo w nieskończoność. Na jego twarzy malowało się zaciekawienie.
-Wierzysz w duchy? Bo właśnie jednego zobaczyłam.
Ku jego zdumieniu moja twarz była całkowicie poważna. Gdyby tylko wiedział jak bardzo jestem przerażona.
-A więc miał ważny powód ,skoro akurat tobie się pokazał.
Nie wiedziałam czy odebrać jego słowa jako żart czy może jako dobre wytłumaczenie.
-Myślę, że powinniśmy stąd jechać.
Wyszeptałam przez zęby ledwo słysząc samą siebie. Może tak tego nie okazywałam ,ale naprawdę bardzo chciałam stąd jechać. Mimo mojej pokerowej twarzy bałam się jak dziecko.
-Ale pobladłaś - zaśmiał się - słyszałem ,że zobaczenie ducha w lesie zwiastuje wielkie nieszczęśćie..
W pierwszej chwili uwierzyłam w to co mówi ,ale jego rozbawiona twarz zaraz zdradziła mi ,że ze mnie kpi. 
-Tak, a wróżka zębuszka istnieje.... dupek!
Wykrzyknęłam i odruchowo kopnęłam w niego wodę. Zaraz uświadomiłam sobie ,że gorzko tego pożałuje.
-Widzę ,że bardzo chcesz się wykąpać.
Ciało znacznie wyprzedza umysł ,gdyż nim się spostrzegłam ,że biegnę byłam już daleko od niego. Chwila mojej przewagi w biegu prysła tak szybko jak się pojawiła. Słyszałam za sobą tylko ciężkie i szybkie kroki zatapiające się w piasku gdy nagle Devid oplótł mnie w tali swoimi rękoma uniemożliwiając mi ucieczkę. W jednej chwili przycisnął mnie do swojej klatki piersiowej, i pomimo ,że nasze ciała dzieliły ubrania czułam na skórze jego gorący dotyk. W miejscach gdzie mnie trzymał moja skóra płonęła żywym ogniem.
Gdy straciłam grunt pod nogami i wylądowałam w jego silnych ramionach, Devid z diabelskim uśmiechem wszedł do wody, nie poprzestając na mieliźnie. Panicznie objęłam rękoma jego szyję spodziewając się najgorszego.
-No nie! Pomoczę ci siedzenie w samochodzie!
Rzucałam argumentami czemu to nie powinien wrzucać mnie do wody będąc jednocześnie zawieszona na jego ramionach i szyi niczym mała małpka. Z mojej twarzy dało wyczytać się niemal błaganie jednak on pozostawał niewzruszony na moje wołania. Wręcz śmiał się z mojej bezradności.
Po chwili rozsunął ręce, a ja niczym wielki kamyk wpadłam do chłodnej wody po sam czubek głowy. Zimna woda wyssała ze mnie całe ciepło w parę sekund. Po chwili niczym godzilla wyłoniłam się z wody łapczywie nabierając tlenu w usta i szybko odgarniając czarne włosy z twarzy. Przemoczona do suchej nitki i sparaliżowana zimnem nie pozostało mi nic innego niż tylko mu oddać. Niczym w furii zaczęłam chlapać go wodą do momentu aż i ona stał się mokry. Po wszystkim oboje wybuchnęliśmy śmiechem, który stopniowo przemieniał się w głębokie spojrzenia.
Dopiero teraz zauważyłam ,że nasze nosy dzieliły zaledwie trzy centymetry. Wbijając wzrok w jego przemoczoną koszulkę sunęłam wzrokiem po umięśnionym torsie w górę docierając do jego błękitnych oczu. Oboje byliśmy w siebie zapatrzeni. Działał na mnie niczym magnez, nie mogłam się od niego oderwać ani ciałem ani wzrokiem , wręcz przeciwnie- przyciągał mnie. Z lekkim wahaniem położyłam dłoń na jego klatkę piersiową czując bicie jego serca. Devid uniósł ręce znad wody i objął moją smukłą twarz w dłonie. Czule wpatrywał się w moje czarne nieprzeniknione oczy kompletnie mnie hipnotyzując. Jego gorący dotyk natychmiastowo mnie rozgrzał do tego stopnia ,że woda wokół nas zdawała się być cieplejsza.
Nasze twarze zmierzały ku sobie w mgnieniu oka pokonując odległość jaka je dzieliła. Jego usta niespodziewanie przywarły do moich sprawiając ,że moje serce zaczęło bić jak oszalałe. Chwila ta , która trwała zaledwie kilka sekund zdawała się trwać więcej niż wieczność. Gdyby nie to ,że obejmował moją twarz to dawno już wyskoczyła bym z własnej skóry.
Po chwili stanowczo go odepchnęłam, próbując unormować oddech. Jego oczy zaiskrzyły niczym dwa ocierane o siebie krzemienie.
-To nie powinno się stać.
Wyszeptałam wzburzonym głosem po czym wyszłam z wody. Moją skórę na nowo pokryła gęsia skórka. Devid w dezorientacji ruszył w moje ślady i gdy już staną na brzegu podał mi koc z tylnego siedzenia samochodu. Odbierając od niego koc czułam się bardzo niezręcznie.... W końcu co ja sobie myślałam? Durna ja! Po co to zrobiłam? Teraz czuje się jak jego kolejna fanka!
Niczym larwa owinęłam się wełnianym kocem, który wychwycił ze mnie prawie całą wodę i działał niczym mur odgradzający mnie od niego.
-Odwiozę cię pod dom. -uśmiechnął się, jakby już zapomniał co między nami zaszło.
Odpowiedziałam mu pół uśmiechem.
***

Od czasu naszej wycieczki nie było chwili ,w której o nim nie myślałam. Spokoju nie dawała mi też ta kobieta? kobieto-zjawa? nad drugim brzegiem jeziorka. Z całych sił usiłuje zapomnieć o tych zdarzeniach,  ale im bardziej się staram tym bardziej wykuwa mi się to w pamięci. 
Na szczęście udaje mi się zając myśli czymś innym... całe szczęście bo jeszcze trochę i bym oszalała. Moim ukojeniem okazuje się być przymierzanie sukienki na imprezę Anonima. Jestem bardzo zaskoczona faktem ,że w ogóle zdecydowałam się na nią iść bo zazwyczaj nie jestem chętna na takie zabawy. Może to dlatego ,że nie jestem człowiekiem towarzyskim. 
Gdy już wcisnęłam się w nieco za małą sukienkę z lekkim wahaniem podeszłam do lustra nie wiedząc czego się spodziewać. Modliłam się aby wyglądała na mnie dobrze bo to ostatni taki model z wypożyczalni sukienek. Kamień spadł mi z serca gdy okazało się,że wyglądałam w niej lepiej niż świetnie. Czarny i matowy materiał sukienki idealnie przylegał do mojej wąskiej tali ,a sztywny i marszczony fragment budujący dekolt uwydatnił moje przeciętne piersi. Od pasa do kolan sukienka rozkładała się w parasol. Kolor sukienki stanowił idealny kontrast dla mojej bladej skóry i krwiście czerwonej szminki na moich ustach. Do tego najprostszy kok i jestem gotowa do wyjścia. 

środa, 8 kwietnia 2015

Rozdział 9

Gdy wyszliśmy z baru kanapkowego słońce niemal wzbiło się na najwyższy punkt na niebie. Jego promienie idealnie odbijały się od maski najnowszego Chevroleta. Co mnie zaskoczyło to to ,że Devid zmierzał w jego stronę. Szłam za nim z założonymi rękoma na piersi a z mojej twarzy dało się wyczytać napięcie. Będąc za nim miałam idealną okazję lepiej mu się przyjrzeć, jednak cała moja uwaga powędrowała w gąszcz blond-białych włosów chłopaka, które wyglądały jakby przeszło po nich tornado. W momentach ,gdy słońce bardziej przygrzało jego czupryna idealnie pochłaniała promienie słoneczne i nabierała złocistego połysku. Aż miałam ochotę podejść do niego na niebezpiecznie małą odległość i ujarzmić palcami co to dzieje się na jego głowie. Przezwisko ,,złotko'' jest całkowicie adekwatne do jego wyglądu. 
Szłam jak zombie będąc całkowicie w niego wpatrzona jakby był dużym kawałkiem mięsa i nawet nie zauważyłam kiedy się zatrzymał. W ostatniej sekundzie zdołałam uniknąć zderzenia o jego twarde plecy. Odskoczyłam od niego o krok nim zdołał się do mnie obrócić.
-To twój samochód?
Zapytałam.
-Wiem na każdej robi wrażenie.
Odparł z dumą w głosie ,a ja poczułam się jak następna jego zabawka. Zaraz uprzejmie i nonszalancko otworzył mi drzwi.
-Że mam do niego wsiąść?
-A co innego?
Byłam lekko zaskoczona. W jednej chwili poczułam się przez niego wyróżniona, co oczywiście mi schlebiało. Patrząc na jego nadludzko przystojną twarz naszły mnie wątpliwości.
-Rozumiem ,że to jest ta rzecz ,którą mam dla ciebie zrobić?
Twierdząco kiwnął głową ,a na jego pełnych ustach pojawił się młodzieńczy uśmiech.
-Tylko bez żadnych psycholskich zachowań, inaczej wysiądę.
Jego rozbawienie było dla mnie wystarczającą odpowiedzią. Nie czekając dłużej wsiadłam do nowiutkiego Chevriolet'a. Czułam się jak królewna w tak luksusowym samochodzie i mając u boku największe ciacho w Kalifornii.
Gdy zajął miejsce kierowcy ,odpalił silnik i ruszyliśmy w niewiadome gdyż nie chciał mi zdradzić celu podróży.
-Więc... - usiłowałam przerwać trwającą ciszę - jak długo pracujesz w warsztacie samochodowym?
Uniósł jedną brew i na sekundę omiótł mnie niebieskim spojrzeniem.
-Nie pracuję tam tylko pomagam. To warsztat mojego ojca więc czasem zostaję dłużej żeby wszystko ogarnąć tak jak w tedy, gdy się spotkaliśmy.
Odpowiedział po krótkim namyśle. Teraz już wiadomo jak było go stać na te cudeńko ,którym teraz prowadzi. Nie dość ,że jest ładny to jeszcze bogaty, po prostu ideał ,ale przyznaję w duchu ,że nie dla mnie. Jest w nim coś co mnie odpycha.
-A ty? Masz jakieś zajęcia?
By odpowiedzieć na jego pytanie musiałam zagłębić się w zakamarki mojego umysłu.
-Jeśli kłócenie się z macochą i uprawianie roślinek się liczy to tak.
Odparłam z dziecięco niewinnym uśmiechem na ustach. On jednak zachował aż zanadto poważny wyraz twarzy. Zaraz zaczęłam zastanawiać się czy powiedziałam coś nie tak.
-Twoja mama zginęła? -zapytał a jego głos w jednej chwili przeistoczył się w lodowate muśnięcie wiatru.
-Tata też. Oboje byli aktorami w paryskim teatrze... zginęli w pożarze na jednym z swoich występów, ale to było wieki temu.
Widziałam jak na jego twarzy pada nieprzenikniony cień spod ,którego nie mogłam wyczytać emocji.
-Przykro mi - wyszeptał kamiennym głosem przez zęby - Miejmy nadzieje ,że są w lepszym miejscu niż to bagno po ,którym chodzimy.
Po chwili spojrzał na mnie dosłownie zaglądając mi w głąb oczu jakby były studniami bez dna. Na jego ustach szybko pojawił się pocieszny  uśmiech obnażający śnieżne zęby. Jego hipnotyzujące spojrzenie nie było w stanie odwrócić mojej uwagi od wyskakującej na ulicę sarny z pobliskiego lasu.
-Uważaj!
Tylko tyle zdołałam wyrwać z swojej krtani nim mocne hamowanie wyrwało mnie z siedzenia ,a pasy z powrotem do niego przygwoździły. Siła wyrzuty była tak mocna ,że pas niemal wgniótł się w moje żebra pozbawiając mnie tchu i przyprawiając o ból ,którego nigdy wcześniej nie doświadczyłam. W uszach jeszcze słyszałam pisk opon a powietrze nadal przesiąknięte było zapachem palonej gumy. Z ulgą odetchnęłam ,gdy okazało się ,że miałam głowę na miejscu a na jezdni nie było śladu po rozjechanej sarnie.
-Spokojnie mam wszystko pod kontrolą.
Oznajmił niemal się śmiejąc.
-Co cię tak bawi? Mogliśmy zginąć!
Rozbawienie na jego twarzy tylko się wzmożyło ,gdy wybuchnęłam gniewem.
-Masz racje... mogliśmy zginąć... - przytaknął ,a przy tym zabrzmiał tak jakby była to tylko przejażdżka rollercoaster'em.
Nadal ledwo powstrzymywał śmiech jakby bawiło go moje przerażenie z faktu ,że o włos uniknęliśmy śmierci. Zaraz z jego lewej dłoni zaczęła cieknąć krew. Widząc moje zaniepokojone spojrzenie pokierowane na jego ranę zdecydował się szybko zareagować. W mgnieniu oka położył swoją gorącą dłoń na moją. W momencie , gdy nasze dłonie się zetknęły przeszedł mnie prąd, który sprawił ,że moje serce zaczęło bić dwa razy szybciej. W jeszcze większym przerażeniu spojrzałam na niego i widząc w jego szkliście błękitnych oczach moją roztrzepaną twarz kompletnie spanikowałam.
-Spokojnie to tylko draśnięcie.
Jego łagodny głos w jednej chwili mnie uspokoił. Zaraz z wielkimi oporami wysunęłam a raczej wyrwałam swoją dłoń spod jego i przywarłam ją do skroni, pulsująco ją uciskając. Nie ukrywam ,że w tym momencie usiłowałam zakryć swoją poczerwieniałą twarz.
-Możemy już jechać? -było słychać drżenie w moim głosie.
Powiedziałam to z narastającą gulą w gardle. Zerwałam z nim wszelki kontakt wzrokowy ,gdyż czułam na skórze jego szczypiące spojrzenie.
Bez słowa wykonał moją prośbę.
***
Resztę drogi przejechaliśmy w ciszy ,gdy nagle samochód zatrzymał się i zbudził mnie z drzemki. Wyglądając przez szybę, zobaczyłam idealnie równą , niewzruszoną wiatrem taflę jeziora. W świetle słońca woda połyskiwała i mieniła się niczym łuski wyskakującego z nad oceanu marlina. Moje oczy gubiły się wśród nasączonego zielenią lasu jodłowego ,który otaczał zbiornik. Tu było po prostu pięknie. 
Zaraz wysiadłam z samochodu ,a moje stopy natychmiast ugrzęzły w żółtawym piasku. Devid nie chcąc czuć się gorszy ode mnie także wyszedł z chevriolet'a i staną po drugiej stronie pojazdu, kierując spojrzenie na mnie ,a w następnej kolejności na coś odległego w przestrzeń błękitu nieba. Zaraz zaczerpnęłam powietrza ,a moje płuca zapełniło ziemiste powietrze ,które oczyściło je z kurzu. 
-A wiec to tu tłukliśmy się.. -spojrzałam na zegarek - półtorej godziny. 
-A nie było warto? 
Zabrzmiał jakbym w jakiś sposób go uraziła. Oczywiście to tylko złudzenie gdyż jak już zdołałam go poznać , nie daje się tak łatwo zrazić. 
-Nie, przepięknie tu i w ogóle ,ale nie rozumiem po co tu przyjechaliśmy. Gdybym to ja była na twoim miejscu kazała bym ci.. - chwila namysłu - wykrzyczeć publicznie coś kompromitującego.
Uśmiechnęłam się figlarnie odgarniając pojedyncze kosmyki włosów z oczu. 
-No proszę niezłe z ciebie ziółko. Jak widzisz nie jestem taki zły, a wręcz jestem aniołkiem w porównaniu do ciebie. 
Uroczo się uśmiechnął po czym przeskoczył przez maskę samochodu i stanął tuż obok mnie. 
-Tak naprawdę to chciałem pokazać ci tę miejsce. Niewielu je zna a warto mieć w kolekcji taką perełkę. 
-Dzięki, ale to nie zmienia faktu ,że i tak na chwile obecną... nie lubię cię za tą bluzkę. B y ł a moją ulubioną. 
Wymamrotałam spod nosa tak cicho a jednocześnie tak śmiało ,że sama się zdziwiłam z powodu mojej dwuznaczności. Oczywiście to kłamstwo i potwierdzić mógł to mój uśmiech. 
-Zobaczysz ,jeszcze mnie polubisz. Dopilnuje tego. Tymczasem radzę ci się napatrzeć bo zaraz pokaże ci coś jeszcze. 
Posłuchałam się jego rady i leniwym krokiem powędrowałam w stronę jeziora, będąc jednocześnie podekscytowana tym co chce mi pokazać. Czy istnieje jeszcze coś piękniejszego od tego miejsca, od tej oazy spokoju? Wątpię. 

No to teraz coś od autora ;D
Hej ludziska, chcę tylko powiedzieć ,że każdy komentarz motywuje mnie do pracy i powiadamia ,że ktoś mnie czyta. Więc jeżeli ci się podobało , jeżeli ktoś to czyta i jeżeli ktoś w ogóle doczytał to do końca to proszę zostaw komentarz na dole i napisz swoją opinie czy jest okej lub czy powinnam bardziej pracować ;D To tyle z mojej strony ludki więc do następnego rozdziału ;) ( a w nim będzie się działo ;D)

środa, 1 kwietnia 2015

Rozdział 8

Na jego twarzy widniało rozbawienie. Widocznie dobrze się bawił, gdyż nawet wydał z siebie coś na kształt podśmiechiwania. Gdy jednak nasze spojrzenia się zderzyły z jego ust zszedł głupi uśmiech, jakby ktoś zmazał mu go z twarzy. Nagle różnica wzrostu po między nami stała się niczym w porównaniu do wielkości mojego wkurzenia.
-Sorki, jesteś taka niska ,że cię nie zauważyłem. - mówił to przez śmiech. 
Jakoś mu nie wierzyłam. Za jego głosem kryła się nuta sztuczności. Nie wiem do czego zmierzał ,ale zdołał mnie sprowokować. Staliśmy tak na przeciw siebie, znacząco wymieniając się spojrzeniami. Czułam jak kotłowała się we mnie krew i wszystkie zszargane już dzisiejszym dniem nerwy. Aż czuje na skórze powiew satysfakcji na myśl tego co zaraz uczynię. Przeskoczyłam wzrokiem na grupkę jego kolegów by upewnić się czy na nas patrzą i ku mojej myśli patrzyli. Gdy już upewniłam się ,że mam widownie sztucznie uśmiechnęłam się do chłopaka, który nie miał pojęcia co go czeka. Nie odrywając spojrzenia od jego błękitnych oczu zdecydowanym i silnym ruchem posłałam na jego białą koszulkę resztkę mojej kanapki posmarowanej ketchupem. Z premedytacją wsmarowałam w niego czerwoną maź po czym energicznie puściłam tacę z moim daniem. Wszystko z hukiem runęło na ziemie rozbryzgując się na wszystkie strony świata. Wszyscy zamarli gdy ja tylko głośno westchnęłam i wzruszyłam bezradnie ramionami.
-Sorki nie zauważyłam cię, tak jakoś wyszło. 
Był całkowicie zaskoczony. Z pewnościom on ani nikt inny z jego towarzystwa nie spodziewał się takiej reakcji z mojej strony. Wpatrywał się we mnie wielkimi oczyma będąc jeszcze chwilę w  stanie dezorientacji po czym lekko rozwarł usta. Widocznie wzbierał się na to aby coś mi powiedzieć gdy nagle zamknął usta i głośno się zaśmiał.
Nie miałam ochoty przebywać w towarzystwie takiego debila. Muszę przyznać ,że się rozczarowałam gdyż myślałam ,że jest choć trochę normalny. W tym momencie przyznałam racje Antoniemu. Całkowicie go ignorując skierowałam się w stronę wyjścia, gdy jego silna ręka zagrodziła mi drogę. Bezczelnie oparł się o ladę uniemożliwiając mi ulotnienie się z tego miejsca. Spiorunowałam go wzrokiem, mając nadzieje ,że go spłoszę... 
-Odejdź, w porównaniu do ciebie mam jeszcze parę ważnych spraw do załatwienia. 
Warknęłam beznamiętnie. 
-Myślisz ,że nie poniesiesz za to konsekwencji? - wskazał palcem na koszulkę w miejsce plamy - wybacz ale nie należę do tych pobłażliwych.
Szepnął mi do ucha. Schylił się do mnie na tyle blisko bym mogła poczuć jego zapach. Serce zabiło mi szybciej.
-To ty pierwszy mnie umazałeś, pamiętasz? Właśnie przed chwilą poniosłeś za to konsekwencje i jesteśmy kwita.- zrobiłam w jego stronę słodko-sarkastyczny uśmieszek. 
-Przeproś i cię puszczę. 
Myślałam ,ze popłaczę się ze śmiechu.
-Prędzej umrzesz. -odparłam z łzami śmiechu w oczach.
-Okej. Mam czas. -oznajmił myśląc ,że wzbudzi we mnie coś w stylu zażenowania, ale nic z tych rzeczy.
-A ja jestem cierpliwa - odgryzłam się równie efektywnie co on.
Staliśmy jak dwa słupy soli. Każde z nas było tak samo uparte i zaborcze. Zaglądaliśmy sobie prosto w oczy bez żadnych skrupułów, niemalże czytając sobie w myślach. Po chwili zorientowałam się ,że jest o wiele za blisko mnie niż bym sobie tego życzyła. Nim jednak zdołałam zrobić coś w tej kwestii obserwowałam jak nasze klatki piersiowe prawie ,że przylegają do siebie i rytmicznie unoszą się tylko po to aby zaraz opaść niczym falujące wybrzeże oceanu. Po tym spostrzeżeniu ,które nieco mnie uspokoiło a jednocześnie na nowo wzburzyło krew w moich żyłach, raz jeszcze spojrzałam w jego niebieskie oczy. Spojrzenie jasnowłosego było teraz inne, bardziej żywe, poprzeplatane z uczuciami których nie mogłam rozszyfrować. Gdy już miałam się odezwać i pokazać mu linię mojej przestrzeni osobistej, do akcji wkroczył sprzedawca.
-Co się tutaj stało? Jeszcze raz państwo się tak zachowacie a wyproszę was z baru. To miejsce publiczne i nie każdy z naszych klientów ma ochotę oglądać takie sceny. Teraz proszę usiąść i nie blokować kolejki. Dziękuje.
Zrobiłam się cała czerwona w momencie ,gdy obejrzałam się dokoła i zdałam sobie sprawę, za nami stało około pięciu ludzi wpatrzonych w nas jak w jakieś zjawisko paranormalne. Może pięć ludzi to niewiele ale dla mnie to jak widownia koncertowa. Lekko się zapowietrzyłam i nie zważając na chłopaka ,który zdawał się być tym faktem w ogóle nie przejęty ruszyłam w stronę najbliższego stolika, zostawiając go w tyle. Gdy jednak w końcu się usadowiłam on już siedział i sprawiał wrażenie jakby czekał na mnie x-dziesiąt lat. W jednej chwili przeszły mnie ciarki. Przemieszczanie się z miejsca na miejsca w czasie sekundy nie jest normalne.
-Jak to zrobiłeś?
Posłał mi pytające spojrzenie, jakby nie wiedział o co mi chodzi.
-Co?
-Przed chwilą stałeś tam a teraz jesteś już tu. Jak?
Wykrzywił twarz w dziwnym grymasie.
-Chyba powinnaś coś zjeść, bo zaczynasz mieć halucynacje.
Zadowolenie na mojej twarzy powoli zaczynało go denerwować.
-Wmawianie takich bzdur osobie ,która coś podejrzewa , to typowa reakcja obronna osoby ,która ma jakiś sekret... i tu cie mam.
Sprawiał wrażenie obojętnego na to co mówię, jakby puścił moją spostrzegawczą uwagę mimo uszu jednak dobrze wiem ,że tak nie było. Coś ukrywa.
I w tym momencie zapanowała niezręczna cisza. Od czasu do czasu na niego zerkałam tylko po to by dokładniej mu się przyjrzeć. Gdy zsumowałam wszystkie te przelotne spojrzenia w mojej głowie stworzył się obraz przystojnego blondyna. Musiałam przyznać po raz kolejny ,że jest piękny jednakże jest w nim coś co jest przeciwieństwem tego piękna. Jest w nim coś destrukcyjnego, coś innego niż u wszystkich ludzi jakich dotychczas spotkałam. Może to dobra okazja aby go lepiej poznać? Może nie jest taki zły jak wszyscy mówią?
-Tak w ogóle to nazywam się Agnes.
Mój głos przykuł jego uwagę. Zaraz spojrzał na mnie i uroczo się uśmiechnął, jakby miał to być ostatni uśmiech jaki zobaczę w swoim życiu.
-Devid.
Odwzajemniłam mu szczerym uśmiechem.
Niespodziewanie Devid wyciągnął rękę na stół i oparł ją na łokciu. Spojrzał na mnie jakby czegoś ode mnie oczekiwał.
-Będziemy siłować się na ręce. Jeśli wygrasz to ja cie przeproszę, jeśli przegrasz zrobisz dla mnie jedną rzecz i nie będziesz musiała mnie przepraszać.
Mój wyraz twarzy wyrażał tylko oburzenie.
-Chyba kpisz. Oczywiście ,że przegram to jest nie fair.
-To oczywiste ale nie będziesz musiała mnie przepraszać. Nie o to ci chodziło? No chyba ,że chcesz tu siedzieć do jutra.
Głęboko wzruszyłam ramionami.
-Ale to ty powinieneś mnie przeprosić.
Nie zważając na jego reakcję zdecydowałam się położyć rękę na stół. Wolałam mieć to już za sobą tym bardziej ,że nie oczekuje ode mnie przeprosin. W jednej chwili na plecach poczułam kujące spojrzenia jego kolegów. Gdy moja dłoń ugrzęzła w jego mosiężnym uścisku zacisnął ją tak mocno,że umieszczone w niej kości wydały z siebie niepokojący zgrzyt. Nie zważając no to bacznie obserwowałam jego umięśnioną rękę i porównywałam ją z moją. To było jak porównywanie patyka do konara.
-Pamiętaj, zrobisz dla mnie jedną rzecz.
Fakt ,ze mówił to przez uśmiech napawało mnie obawą.
-O ile uznam to za wykonalne i stosowne.
Zaczął odliczać i gdy skończył rozpoczął się nasz nierówny pojedynek. Z całych sił usiłowałam stawić mu opór, jednakże nie trwało to dłużej niż dwie sekundy. Devid brutalnie przygwoździł moją dłoń do blatu, wykręcając moją rękę o 180 stopni, wręcz wyłamując ją z stawu.
Chwilę potem gdy już mnie puścił, gwałtownie wstał i rozciągnął się niczym dziki przerośnięty kot. Zaraz rzucił na mnie równie drapieżne spojrzenie. W jego lśniących podekscytowaniem oczach było się coś co zrodziło w mojej głowie niepokój.