Siedziałam na krześle pośrodku wydm białej pustyni. Gdzie bym nie sięgnęła wzrokiem wszędzie ciągnął się jej nie kończący biały piasek a linia horyzontu stykała się z błękitem nieba. Wokół panowała niezwykła cisza, która zagłuszała moje myśli. Czułam jednak ogromnie pragnienie, wypacałam litry wody a słońce nad moją głową wlewało zabójczy żar w gąszcz moich czarnych włosów. Nagle przede mną pojawiły się drewniane dwu metrowe drzwi. Stały tak bez żadnego umocowania, jakby trzymała je niewidzialna ściana. Próbowałam wstać ale moje ciało było zbyt ciężkie. Od drzwi bił przyjemny chłód, a spod nich wydobywała się lodowaty obłok, który natychmiast parował gdy osadzał się na mojej popękanej skórze. Jedyne co mogłam zrobić to przechylić się do przodu i zajrzeć przez dziurkę od klucza. To co w niej zobaczyłam wyrwało mnie z senności. Na ziemi leżał Antoni. Był cały we własnej krwi, ledwo oddychał a z jego ust wydobywał się cichy jęk i coś w stylu błagania. Jego zaszłe już krwią oczy zwrócone były w górę do wysokiego blondyna o tak samo błękitnych oczach jak niebo nad moją głową. Stał wyprostowany szykując się do zadania ostatecznego ciosu. Czułam się bezsilna, chciałam krzyczeć lecz nie mogłam wydobyć z siebie ani jednego słowa. Chciałam wstać lecz moje ciało było zbyt ciężkie. Chciałam zamknąć oczy by tego nie widzieć lecz moje powieki zastygły w miejscu niczym magma. Nagle całkowicie niespodziewanie od drugiej strony dziurki do klucza pojawiło się czyjeś bursztynowo-złote oko. Było tak szeroko otwarte ,że nie widziałam rzęs ani powiek... tylko oko. Wystraszyłam się, miałam odruch by odskoczyć od drzwi jednak nie mogłam drgnąć. Nie miałam innego wyboru niż tylko wpatrywanie się w złotawą tęczówkę. Zaraz potem rozległ się niezwykle delikatny i spokojny kobiecy głos.
-Twoją zgubą jest ten, którego pokochasz. Gdy już zapałasz uczuciem z początku gorzkim lecz potem słodkim jak ambrozja, gdy rozróżnisz już złość od miłości... bądź mądra i nie daj się zwieść młodzieńcu ze złota. Zaledwie jedne słowo w net cie i niewinne dusze zniszczy. Zapomnienie wart będzie ocalenia.
Głos umilkł wzbudzając we mnie trwogę. Po mimo ,że był bardzo spokojny i kojący miał w sobie tak potężną moc ,że przez chwile zaparło mi dech w piersiach. Jakbym właśnie stanęła w obliczu samej śmierci bądź życia. Oko nagle się zamknęło a ja zaczęła zapadać się pod wrzący piach pustyni.
Obudziłam się cała zapocona łapczywie nabierając tlenu w usta.Gdy spostrzegłam się ,że to tylko sen natychmiast odetchnęłam z ulgą. Koniecznie muszę zapomnieć o wydarzeniu z wczorajszego dnia, bo zaczyna odbijać mi się to na psychice. Nie otwierając oczu oddychałam unoszącym się w powietrzu zapachem naleśników, który przesiąkł moje płuca. Leżałam tak delektując się spokojnym i dobrze zapowiadającym się porankiem usiłując wymazać z głowy ten durny sen. Czułam jak jedwabiście ciepłe promienie słońca przedzierają się przez firanki i opadają na moją albinosko bladą twarz. Każda komórka mojego ciała miała się dobrze ,gdy nagle w moim żołądku, przebudziła się żądna jedzenia bestia. Przemogłam wszelkie lenistwo i nadal z zamkniętymi oczami wstałam na równe nogi. W końcu okazało się ,że to nie ja jestem szefem tylko mój żołądek. Gdy mój mózg zaczął już funkcjonować ,,ogarnęłam się '' i zdałam sobie sprawę ,że gdy zejdę na dół Wanda zaleje mnie stertą pytań gdzie wczoraj byłam do tak późna. ,,O nie!''- jakiś głos zapiał mi w głowie. Będę musiała wymyślić jakieś przekonywujące kłamstwo. Po chwili zeszłam na dół. Całe dolne piętro było przesiąknięte zapachem , którym wiekami mogłabym się upajać.
Mój znakomity humor drastycznie się zmienił, gdy przy kuchence zauważyłam Wandę.
-Jak się spało?
Zapytała smażąc naleśniki.
-Dobrze.
Próbowałam ukryć irytację. Zaraz usiadłam przy stole z ślinką cieknącą mi z ust. Na talerzu czekała na mnie góra naleśników.
-Usmażyłam ci naleśniki... francuskie -zaakcentowała ,,francuskie''- Crepes.
Puściłam jej marną wymowę francuskiego mimo uszu. Bardziej skupiłam się na pochłanianiu Crepes'ów, jednak już po pierwszym kęsie do ust nasunęła mi się pewna uwaga.
-Zdajesz sobie sprawę ,że tylko nazwę mają francuską? Bo jeśli chodzi o smak to daleko im nawet do marnej kopi ideału.
-Benowi smakowały.
Wanda chyba zapomniała ,że mój wujek- Ben nie ma najmniejszego zmysłu smakosza w przeciwieństwie do mnie.
Cały czas ją obserwowałam. Światło wpadające do kuchni było bardzo intensywne, przez co mogłam zobaczyć wirujące w powietrzu drobinki kurzu. Po chwili energicznie się obróciła i z chochelką w dłoni spojrzała na mnie głębokimi brązowymi wpadającymi w czerń oczyma.
-Dziś mam wolne i jadę do centrum handlowego na zakupy. Chcesz jechać ze mną?
Zabrzmiała co najmniej irracjonalnie. Czyżby zapomniała ,że rzucamy w siebie piorunami i jesteśmy w stanie wojny?
Jeszcze raz świeżo na nią spojrzałam, unosząc jedną brew i nie do końca wierząc w to co słyszę.
-Nie mam pieniędzy.
-Ja mam, więc...
Spoglądała na mnie z satysfakcją. Może i tym razem wygrała tą bitwę ale nie wojnę! Zdusiłam w sobie buntowniczy odruch i zmusiłam się do przytaknięcia. Ścisnęłam usta tak jakby ktoś związał mi je niewidzialnym szwem. Spiorunowałam ją wzrokiem jednak nim zdołała to zauważyć obróciłam głowę w druga stronę.
Gdy wsiadłyśmy do czarnego BMW ruszyłyśmy w stronę centrum miasta. Silnik działał bez zarzutu, nawet nie było czuć ,że się jedzie.
-A tak w ogóle, to gdzie podziewałaś się wczoraj do tak późna?
O Jezu. Powietrze zeszło ze mnie jak z przebitego balonika. Myślałam ,że uszło mi na sucho.
-Siedziałam u koleżanki. Trochę się przeciągnęło bo oglądałyśmy film i straciłam rachubę czasu.
Dziwnie wykrzywiła brwi.
-Kłamiesz. Ty nigdy się przede mną nie tłumaczysz... no chyba ,że kłamiesz tak jak w tej chwili.
Ścisnęło mnie w żołądku. Przez chwile wyobraziłam sobie co by zrobiła gdyby dowiedziała się gdzie byłam i co się stało.
-Mówię prawdę...
Uśmiechnęła się pod nosem, tak jakby czytała mi w myślach. Z ulgą odetchnęłam gdyż z wyrazu jej twarzy wyczytałam ,że postanowiła dać mi spokój. Zaraz kamień spadł mi z serca i jakby nigdy nic spojrzałam za okno. Mijałyśmy mnóstwo budynków coraz nowszych i najnowocześniejszych. Kalifornia bezkompromisyjnie zajmowała pierwsze miejsce wśród miast w jakich kiedykolwiek byłam jeśli chodzi nowoczesną architekturę. Nim zdołałam się spostrzec staliśmy już na parkingu centrum handlowego.
-Mam cie zamknąć w samochodzie?- zapytała wychodząc z samochodu, wcale nie żartując.
Odburknęłam coś pod nosem po czym również wygramoliłam się z BMW.
-Co tak właściwie chcesz kupić?
Zapytałam w drodze do głównego wejścia.
-Rzecz jasna coś ładnego.
Posłała mi spojrzenie przez które przemawiała kpina. Na jej czerwonych ustach widniał sarkastyczny uśmieszek ,który wzbudzał we mnie niepokój. Jej uśmiech zawsze zwiastuje coś złego jednakże postanowiłam nie zaprzątać sobie tym głowy i skupiłam się na pierwszej lepszej wystawie sklepu z odzieżą zimowo-jesienną. Okrzyk zachwytu przepełnił moje gardło i krtań na widok uroczej bluzy z uszkami tygryska. Zaraz wszyscy spojrzeli na mnie jak na wariatkę.
Minęło zaledwie trzydzieści minut, gdy już miałam dość chodzenia po sklepach. Trzeba przyznać ,że nie należę do osób ,które ubóstwiają zakupy. Bezsilnie usiadłam na ławce, gdyż nogi odmawiały mi posłuszeństwa. Zmęczonym wzrokiem obserwowałam Wandę, która buszowała w jednym z sklepów. Po części ją podziwiałam ze względu na jej nad przeciętną wytrzymałość. Zachowywała się niczym przebiegły drapieżnik który czatował na swoje ciuchowe ofiary. Zaraz oderwałam od niej wzrok i zrezygnowanie schowałam twarz w dłoniach. Westchnęłam próbując ukoić zmęczenie mięśni. Nie byłam w stanie myśleć o niczym innym niż tylko o planie ucieczki do domu.
-Hej Agnes!
W tłumie głosów moje uszy zdołały wyłapać jeden znajomy. Poderwałam głowę do góry rozglądając się za osobą ,która do mnie mówiła. Mój wzrok zatrzymał się na pociągłej i chudej twarzy oraz piwnych, upajających oczach.
-Hej.
Stała przede mną Natasza.
-Co ci się stało?
Zerknęłam na nią po czym na Wandę w sklepie.
-Nie kończące się zakupy. To się stało
Jej twarz emanowała energią ,której mi brakowało. Zaraz w kącikach jej ust pojawił się łobuzerski uśmiech.
-To twoja mama? Ale młoda! -co chwile zerkała to na mnie to na Wandę - w ogóle nie jesteście do siebie podobne.
Na widok jej zdezorientowanej twarzy chciało mi się śmiać. Ledwo powstrzymałam śmiech.
-Na całe szczęście to nie jest moja mama tylko ciocia. Od śmierci rodziców to ona z wujkiem się mną opiekują.
Natasza szeroko rozwarła oczy. Pewnie była następną osobą ,której zrobiło się mnie żal.
-O kurcze! Nie wiedziałam.
Była w lekkim zakłopotaniu.
-Nic nie szkodzi, muszę po prostu zacząć mówić to ludziom na początku znajomości, by zapobiec włośnie takim sytuacją. A ty co tu robisz?
-Idę odebrać sukienkę z pralni.
Poprawiłam włosy.
-Właśnie! -wykrzyknęła - Idziesz na Imprezę Anonim?
Spojrzałam na nią pytająco.
-Nie wiesz co to jest prawda? -zapytała z zażenowaniem w głosie.
-Prawda.
-Więc jest to największa, najhuczniejsza, najgłośniejsza impreza w ciągu roku, która na dodatek jest tu w Kalifornii. Jest bezpłatna więc przepustką jest warunek ,że musisz być w coś przebrana i obowiązkowo musisz mieć maskę na twarzy żeby pozostać anonimem. W tym roku trzeba być przebranym w coś z lat pięćdziesiątych. Wiesz jakieś sukienki i takie tam.
W jej piwnych oczach widziałam blask, którego nie zgasiłby najbardziej nieprzenikniony mrok. Po chwili uśmiechnęła się iście piekielnie jakby przemawiały przez nią wszystkie diabły.
-I mam na nią iść... prawda? -zapytałam.
-To nie jest oczywiste? Impreza będzie w ten piętek, czyli za pięć dni. W tym czasie musisz znaleźć sobie jakąś sukienkę.
Pokiwałam twierdząco głową. W sumie należy mi się coś od życia, a Wanda wcale nie musi wiedzieć. Natasza jednocześnie pisnęła i podskoczyła z radości. W pewnym bardziej dyskretnym stopniu podzielałam jej entuzjazm.
-Wiesz co u Antoniego?
Pytający głos dziewczyny rozebrzmiał w mojej głowie całkiem niespodziewanie.
-Myślałam ,że ty wiesz.
Zacisnęła usta i pokiwała przecząco głową. Widziałam w jej oczach zżerający ją niepokój.
-Gdy przywieźliśmy go wczoraj do szpitala, od razu dali go na sale operacyjną. Pielęgniarka powiedziała ,żebyśmy szli do domów bo operacja potrwa półtorej godziny , a z narkozy wybudzi się dopiero za dwa dni, czyli jutro.
-Oby nic mu nie było -szepnęłam tak cicho ,że ledwie ja to usłyszałam -a kim był ten blondyn?
Najwyraźniej nie chciała o tym rozmawiać bo odwróciła wzrok i głęboko wzruszyła ramionami jakby ten temat był tematem tabu. Na szczęście mam dar przekonywania.
-To miastowy gangster. Wiem ,że wszyscy jego koledzy wołają na niego ,,złotko''. To chyba jego ksywa ale nie znam imienia. Wszyscy w tym mieście raczej go omijają i ty też powinnaś. Podobno na swoim koncie ma brutalnie pobicia, jednak z spraw sądowych wyciąga go jego bardzo bogaty ojciec. Z resztą nie wiadomo czy to jego ojciec bo nikt nigdy go nie widział ani jego matki. Podejrzany i niebezpieczny typ. A i uważaj na jego fanki. Też są niebezpieczne.
Opowiadała mi o nim szeptem i do ucha. Gdy skończyła dla niepoznaki poprawiła swoje kasztanowe włosy. Zaraz pomyślałam o jego przezwisku. ,,Złotko''. Jak na mój gust zabawne, może przezwali go tak ze względu na złote włosy i prawie złotą opaleniznę?
Zaraz potem Natasza oznajmiła mi ,że musi już iść. Miałam jeszcze drugie trzydzieści minut nim Wanda skończy zakupy więc postanowiłam przejść się po mieście.
Czytam czytam i nie mogę skończyć :) Świetny rozdział ci wyszedł Madziu :*
OdpowiedzUsuń